środa, 16 października 2013

Zmęczenie materiału....

Co rusz, podczas odwiedzania ulubionych (bądź ciekawych) stron, portali internetowych, blogów czy też czytania wszelakich rozmów fb-owskich nasuwa mi się jedna, niestety niepokojąca mnie myśl...
Wczoraj na swojej tablicy zadałam, wydawało mi się, proste i jakże oczywiste pytanie.
"O Rodzicach świadczy to, jak wychowują swoje dzieci" Zgadzacie się z tym?
Zadając to pytanie nie spodziewałam się aż tak gwałtownej dyskusji. Pod pojęciem "wychowanie", którego użyłam, rozumiem wszystko to co dajemy dziecku od chwili jego urodzin, aż do jego dorosłości (zapewne dopóty będziemy żyli). I odpowiadając na to pytanie - tak, uważam, że to jakim dziecko stanie się człowiekiem zależne jest od nas. Od tego co otrzyma w dzieciństwie, czego doświadczy od nas, Rodziców...

Niepokoi mnie, obserwując to podczas zarówno tej dyskusji, jak i innych, na wszelakich forach, rozmowach, dyskusjach fb-owskich że większość z nas ma przekonanie, iż jej poglądy są jedyną słuszną prawdą. Wydaje nam się, że tylko nasze postępowanie jest odpowiednie, a wszelką "inność" staramy się skutecznie wyperswadować nadawcy.  Nie słuchamy co ma do powiedzenia "druga strona", z uporem maniaka próbujemy przekazać jej wyższość naszych racji i zachowań. To bardzo przykre, że w ogromie linków, mądrych wypowiedzi innych mądrych ludzi, które pieczołowicie wklejamy "by rozmówca zrozumiał wreszcie swój błąd"! nie zauważamy, że rozmawiamy z drugim człowiekiem, który może szuka, może znalazł swoją drogę rodzicielstwa. I zamiast doradzić przekonujemy innych o swojej nieomylności. 

Zastanawiam z czego to wynika... Czy z doświadczeń? Mama, która nie karmiła dziecka piersią, bądź która karmiła krótko, wyraźnie artykułuje swój pogląd, że nie świadczy to o jej rodzicielstwie i zapewnia, że jej relacje z dzieckiem są nader bliskie. I jest to oczywiście prawda. Z drugiej strony usłyszy od Mamy karmiącej dziecko 3-letnie, że bliskość, która ona ma z dzieckiem jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. I każda z nich ma absolutnie rację. Po co to przekonywanie, przywoływanie artykułów? Po co te słowne potyczki mające na celu udowodnienie "drugiej stronie", że tkwi w błędzie? Jestem za przekazywaniem swoich doświadczeń rodzicielskich innym Mamom, opisywanie jak wyjątkowa jest nić między Matką a karmionym dzieckiem. Chciałabym jednak, by takie wypowiedzi nie były nacechowane pejoratywnie. Nie wiemy, dlaczego inna Mama tego dziecka nie karmiła. Nie znamy powodów, nie wiemy,  czy decyzję o "niekarmieniu" podjęła świadomie, czy było to wynikiem Jej małego dramatu. Nic nie wiemy o osobie, którą identyfikujemy po małym, niewidocznym avatarku. Nie mamy świadomości, że za nim, kryje się osoba z krwi i kości, z własnym bagażem doświadczeń. Chciałabym również, by Mamy, które nie karmią dziecko nie wypowiadały się tak jednoznacznie na temat Mam karmiących 4-latka. 

W moim rodzicielstwie w ogromie informacji zaczerpniętych z książek Juula, z wykładów Agnieszki Stein i z rozmów ze wspaniałymi Mamami, dziewczynami, żonami poznanymi w czeluściach internetu, przyświeca mi jedna myśl - Każda Mama wie, co dla jej Dziecka jest najlepsze -
Zatem nie uszczęśliwiajmy drugiej osoby na siłę, tylko dlatego, że nasze poglądy wydają nam się jedyną słuszną drogą...  

Ja na jakiś czas znikam z otchłani internetu... Przytłacza mnie to wszystko ogromnie. Czas odnaleźć się w świecie realnym. Czas, by cieszyć się bliskością z moim Synem, nie po to, by móc wstawić zdjęcie na fb i czekać na "lajki"... 

środa, 28 sierpnia 2013

Czas Najwyższy!

- Nie pozwalaj mu zasnąć przy piersi – słyszałam, leżąc trzecią godzinę z moim niemowlakiem.  Na moje zapytanie - dlaczego? - dowiadywałam się, że dziecko należy niezwłocznie odkładać do łóżeczka, gdy tylko napoi się mamusinym mleczkiem. Co odważniejsi mówili mi o macerowaniu sutek, które u młodych mam strasznie nieestetycznie wyglądają…

A ja nie słuchałam. Znaczy słuchałam i to bardzo uważnie rad młodych i trochę starszych mam, ale niestety nijak to się miało to mojego realnego świata. Owszem próbowałam odłożyć mojego 2 – miesięczniaka do łóżeczka, odczekując jednocześnie dłuższą chwilę, by „na pewno zasnął”. Efektem tego był płaczliwy alarm niezależnie od pory dnia i nocy.
Po ukończeniu przez moje Dziecię roku sytuacja zmieniła się o tyle, że bez owej piersi zasypiał na nocne spanie. Oczywiście zbiegło to się z chwilą, kiedy zaczął sypiać w rodzicielskim łóżku, nie odkładany do swojego pięknego, drewnianego łóżeczka… Nade wszystko cenię sobie własny sen. Mogłabym nie jeść, a muszę odespać konkretną ilość godzin. Bez tego nie funkcjonuję w ogóle. Zatem pobyt Stasiny w moim łóżku, był rozwiązaniem nocnych, kilkakrotnych pobudek mojego potomka. Wszyscy zadowoleni!

Codzienność...

Kocham mojego Syna do nieprzytomności. Z dnia na dzień coraz bardziej. Jeszcze będąc w ciąży, od dzieciatych koleżanek często słyszałam, że jak tylko wyjdzie z brzucha i go zobaczę zaleje mnie ogromna fala miłości. Jakże zdziwiona byłam, gdy tak się nie stało. Wyrzuty sumienia męczyły mnie dość długo. No bo jak to, zamiast upojenia się nieodpartą miłością, ja czułam przede wszystkim zmęczenie. Zapewne była to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu, ale daleka od tego, czego się spodziewałam. Daleka od opisów, które namiętnie czytałam na wszelakich portalach internetowych dla Mam. Pobyt w szpitalu wspominam niechętnie i jedyne co zapamiętałam to ogromny strach, by podczas "opalania się" pod lampami nie zdjął z oczek tej nieszczęsnej opaski. A potem ta miłość stała się bezwarunkowa, uwielbiająca... Nie wiem nawet kiedy. Może wtedy, gdy podczas ogromnych napadów kolek, tylko przy mojej piersi, głęboko wtulony koił swój płacz... Może wtedy, gdy wystraszony piskiem innych dzieci w klubie malucha, poszukiwał rozpaczliwie mojego wzroku i ramion, by w nich odnaleźć bezpieczeństwo, wśród tych rozwrzeszczanych Maluchów... A może teraz, gdy patrzy na mnie co rano, z napompowaną pieluchą i pyta: Mama pisz?

Uwielbiam, gdy podczas jego zabawy, nasze oczy odnajdują się i Staś przesyła mi spontanicznego buziaka, czy rozpromieni szarą codzienność uśmiechem ozdobionym bielutkimi ząbkami. Uwielbiam, gdy przynosi mi gry - które wie, że lubię - abyśmy razem pograli. Uwielbiam, że wie, iż od zabawy kolejką i układaniem szyn jest Tata i pierwsze co mówi po jego powrocie z pracy to: Tata oć tutaj i paluszkiem wskazuje na ikeowskie szyny. Uwielbiam, gdy podchodzi do mnie tylko po to, by się przytulić... Uwielbiam, po raz setny odpowiadać na jego słodkie zapytanie: cio to?
Uwielbiam mojego Syna.


piątek, 23 sierpnia 2013

Jest mi dobrze...

Jest mi dobrze... Tak po prostu. Po miesiącach (a może już latach?) dopatrywania, wpatrywania, rozkładania na czynniki pierwsze (i oglądania  pod lupą) zachowań mojego Syna - przestało mieć to miejsce. Po raz pierwszy, gdy moje dziecko wybuchnęło niepohamowanym płaczem, gdy radośnie chciało zjechać na zjeżdżalni, a równie radośnie dziewczynka wtargnęła jednakowoż na nią, nie spanikowałam, nie ściągnęłam Malca z tej nieszczęsnej zjeżdżalni, jednocześnie obserwując reakcję innych mam na płacz Stasia. Nie tłumaczyłam zachowania mojego Dziecka, nie obracałam w żart, jednocześnie dygocąc ze zdenerwowania i próbując odgonić natrętne myśli, których sensem stało się jedno zapytanie: czy taka reakcja jest prawidłowa (?!), nie interesowało mnie co też sobie inne mamusie pomyślą. Zjechał, płakał, przytuliłam. Zapytałam, a właściwie stwierdziłam, że przestraszył się dziewczynki. Zaproponowałam, że możemy iść na drugą stronę placu, tam są starsze dzieci, a takie on lubi. Chciał. Poszliśmy. Dzielnie wdrapał się na wysoką drabinkę, jeszcze dzielniej przeszedł po sznurach, półtora metra nad ziemią. Obserwowałam zaschnięte łezki na jego buźce, a wśród dostrzeżonych właśnie czerwonych plam (tak, tak - przemknęło mi przez myśl, że to może objawy wirusa bostońskiego!), jak się okazało od ketchupu z porannego jedzenia parówki, pojawił się uśmiech, a wskazujący palec pokazywał chłopca, który zeskoczył właśnie z drabinki. - "Ojej, baaaam". - rzekło zachwycone moje Dziecko.
Zachwyciłam się i ja. I zaczęło się. - "Cio to" - To chłopiec zeskoczył, to pani trzyma autko, to furtka, a to budynek i okna... Oswoiliśmy nadwrażliwość na dźwięki, oswoimy i lęk przed dziećmi!

czwartek, 22 sierpnia 2013

I już witam się z gąską...

Blog o moim Misiu. Wyczekiwanym i tak bardzo upragnionym.  O słodkim macierzyńskie i rodzicielskich porażkach. O Stasiu i jego mamie. O Mamie, która z pozoru jest jak każda Mama. Z pozoru... Tak naprawdę jest wyjątkowa... Dlaczego? Bo to Mama Stasia...