środa, 28 sierpnia 2013

Codzienność...

Kocham mojego Syna do nieprzytomności. Z dnia na dzień coraz bardziej. Jeszcze będąc w ciąży, od dzieciatych koleżanek często słyszałam, że jak tylko wyjdzie z brzucha i go zobaczę zaleje mnie ogromna fala miłości. Jakże zdziwiona byłam, gdy tak się nie stało. Wyrzuty sumienia męczyły mnie dość długo. No bo jak to, zamiast upojenia się nieodpartą miłością, ja czułam przede wszystkim zmęczenie. Zapewne była to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu, ale daleka od tego, czego się spodziewałam. Daleka od opisów, które namiętnie czytałam na wszelakich portalach internetowych dla Mam. Pobyt w szpitalu wspominam niechętnie i jedyne co zapamiętałam to ogromny strach, by podczas "opalania się" pod lampami nie zdjął z oczek tej nieszczęsnej opaski. A potem ta miłość stała się bezwarunkowa, uwielbiająca... Nie wiem nawet kiedy. Może wtedy, gdy podczas ogromnych napadów kolek, tylko przy mojej piersi, głęboko wtulony koił swój płacz... Może wtedy, gdy wystraszony piskiem innych dzieci w klubie malucha, poszukiwał rozpaczliwie mojego wzroku i ramion, by w nich odnaleźć bezpieczeństwo, wśród tych rozwrzeszczanych Maluchów... A może teraz, gdy patrzy na mnie co rano, z napompowaną pieluchą i pyta: Mama pisz?

Uwielbiam, gdy podczas jego zabawy, nasze oczy odnajdują się i Staś przesyła mi spontanicznego buziaka, czy rozpromieni szarą codzienność uśmiechem ozdobionym bielutkimi ząbkami. Uwielbiam, gdy przynosi mi gry - które wie, że lubię - abyśmy razem pograli. Uwielbiam, że wie, iż od zabawy kolejką i układaniem szyn jest Tata i pierwsze co mówi po jego powrocie z pracy to: Tata oć tutaj i paluszkiem wskazuje na ikeowskie szyny. Uwielbiam, gdy podchodzi do mnie tylko po to, by się przytulić... Uwielbiam, po raz setny odpowiadać na jego słodkie zapytanie: cio to?
Uwielbiam mojego Syna.


1 komentarz: